Z Nadzieją dla Malgaszów

Instytucja misji jest nieodłącznym elementem życia w wielu rejonach Afryki. Ośrodki prowadzone przez organizacje pozarządowe lub religijne często jako jedyne oferują ubogim ludziom pomoc w edukacji, żywieniu i leczeniu. Formy działalności misyjnej jakie można napotkać podczas poznawania Czarnego Kontynentu są różne i zależą w dużej mierze od sytuacji i historii poszczególnych krajów. Ogromną część działalności prowadzą zakony i zgromadzenia chrześcijańskie. Przykładem wielopłaszczyznowości ich działań jest Misja Mandabe na Madagaskarze, która nazwą tożsama jest z regionem Mandabe. Składa się on z dwóch wiejskich ośrodków i setek małych przysiółków. Wsie od asfaltu dzieli 100 km, a od najbliższego miasta ponad 160 km. W praktyce, gdy nadchodzi pora deszczowa ta odległość oznacza nawet 3 dni jazdy terenowym samochodem. Region ma charakter rolniczy. Uprawia się tam głównie ryż i orzeszki ziemne. Brak jedzenia jest jednak tylko jednym z problemów. Reala codziennego życia może przybliżyć relacja ks. Ludwika Wawrzeczko MSF, który jest gospodarzem tamtejszego ośrodka misyjnego.



Wydarzył się w moim życiu misyjnym rzecz nowa, chociaż to rzecz normalna w naszym życiu malgaskim. W minioną niedziele, krótko po Mszy św. przyszła do mnie delegacja w skład której, wchodziła siostra zakonna z misyjnego ośrodka zdrowia, pielęgniarz z państwowego ośrodka zdrowia (jest to jedyna osoba mająca uprawnienia medyczne na całą gminę), oraz kila innych osób. Proszono mnie abym nie zwlekając zawiózł jedną kobietę w stanie porodowym do miejskiego szpitala na porodówkę. Mówiąc prawdę to chciałem się wyminąć, ale okazało się że mój samochód jest jedynym dostępnym na wiosce. Normalnie jest chyba z pięć samochodów, ale wszystkie utknęły w porze deszczowej w mieście. Poprosiłem ich aby dali mi godzinę na przygotowanie pojazdu i w południe ruszyliśmy: ja w roli kierowcy, pielęgniarz (nawiasem mówiąc nosi to samo imię co ja), dwóch mężczyzna do pomocy, dwie kobiety do opieki nad chorą no i sama kobieta Pierret.



Już na pierwszych kilometrach utknęliśmy. Droga rozmyta - nie do przejechania, no to wjeżdżam w trawę a tam niewidoczny korzeń drzewa, zahaczyłem o  niego i wykrzywiłem drążek rozstawienia kół przednich. Stajemy podnosimy samochód, wykręcamy, prostujemy, zakładamy ponownie. Wszystko na szybko no bo kobieta rodzi. „Gdzie się człowiek śpieszy tam się diabeł cieszy", przez nierozwagę źle zamontowany podnośnik niespodziewanie wyskoczył (dobrze że nikogo nie było w tym czasie pod samochodem) i uderzył mnie w czoło. Poszła krew, rozcięte czoło, pielęgniarz rozkłada ręce, nie ma środków opatrunkowych, tylko lekarstwa dla chorej, otwiera apteczkę a tam, niespodziewanie, na górze igła i jedna nić, w sam raz aby zrobić pięć szwów. Pielęgniarz był zdziwiony, nie miał w planie zabierania ich.



Ruszamy dalej, od błotka do błotka, od rzeki do rzeki. Jedyny bieg jaki używaliśmy to jedynka, dwójka lub wsteczny. Chłopy prawie wcale nie siedziały w samochodzie. Połowę trasy biegli przed samochodem szukając drogi gdzie najmniejsze błoto a ja za nimi jedynaczką, a jak się udało znaleźć kawałek suchej drogi no to wskakiwali na maskę i dwójeczką dalej do następnego błotka. Jedyne nasze postoje miały miejsce wtedy gdy utknęliśmy w grzęzawisku, albo w rzece, a tych było wiele, pogubiłem się w liczeniu.. I tutaj się sprawdził samochód, który był prezentem z Polski od Was. Wyciągarka, podnośnik, były ciągle w użyciu. Porwaliśmy jedną linę stalową w trzech miejscach, dobrze że jest rezerwowa, podnośnik także ma ślady po ciężkich walkach. Jazda całą noc, posiłek złapany gdzieś w drodze brudnymi rękami. Bez spania, zagryzałem skórki z gorzkich cytryn aby nie spać. I tak przejechaliśmy 165 km.



W poniedziałek na dziewiątą dojechaliśmy do szpitala, byłem już niepotrzebny, więc poszedłem się przespać na biskupstwo. We wtorek przed powrotem chciałem jeszcze pójść do szpitala aby złożyć gratulację matce. W drodze spotkałem pielęgniarza, szedł ze spuszczoną głową. Pierret zmarła we wtorek o 3.00 w nocy. Razem poszliśmy do domu znajomych Pierrot, którzy zabrali zwłoki aby się za nią pomodlić. W drodze opowiedział mi historię. Już dwa tygodnie temu kobieta zgłosiła się do niego, zaprowadził ją wtedy do sióstr aby zrobić echografię, (misja posiada jedyny aparat echograficzny w naszym powiecie, nie posiada on jednak baterii więc nie wiem jak długo pochodzi), już wtedy było wiadomo że kobieta musi jechać do miasta, nie jest w stanie urodzić u nas na miejscu. Dzięki echografowi, można powiedzieć, że wiele kobiet i ich dzieci już uratowaliśmy odsyłając je na czas do miasta. Ale Pierret  zwlekała, dopiero gdy przyszły bóle, zaczęła szukać pomocy. Oraz druga sprawa chyba smutniejsze, dziecko zmarło w drodze w łonie matki, ale kobietę dałoby się jeszcze uratować, tylko szpital nie miał pieniędzy, brakło także na łapówki. Były dobre chęci, to chyba ważne, szkoda że brakło jeszcze czegoś lub kogoś...



Droga powrotna taka sama jak dzień wcześniej, tylko jakość smutniej.
Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie...




Życie w Kraju Trzeciego Świata widziane z perspektywy zwykłego człowieka stawia wiele wyzwań. Misje pomagają im sprostać. Może właśnie ich działalność pomoże podźwignąć się Afryce z trudnej sytuacji...



Artykuł ten ma na celu nie tylko przedstawienie Afryki z kolejnej, nowej strony. Ma również promować inicjatywę wsparcia Misji Mandabe przez młodego wolontariusza, który planuje wyruszyć tam z pomocą w ciągu najbliższych miesięcy. Szczegóły akcji Z Nadzieją dla Malgaszów na facebook'owym Fanpage'u w karcie informacje:


www.facebook.com/pages/Z-Nadziej%C4%85-dla-Malgasz%C3%B3w/252575308283845?sk=info


 

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu
Jest nas już 1280 | online: 0